Zniszczony – zrealizowany

Zniszcz ten dziennik” to nie książka. To spis zadań z instrukcją ich wykonania.

Publikacja różni się od normalnych książek tym, że nie ma w niej fabuły. Albo inaczej: fabułę tworzy się samemu. Każda kartka to zadanie do wykonania. Zadania są różne: kartkę z dziennika trzeba

  • zamrozić
  • spalić
  • podarować znajomemu/znajomej
  • zamoczyć/utopić
  • wziąć prysznic z dziennikiem
  • podziurawić

… oraz zrobić z nią wiele innych rzeczy. Po jakimś czasie „…dziennik” wygląda, jakby przeszedł wojnę: z powyrywanymi kartami, nadpalonymi, pomazanymi, pozaginanymi; niektóre można napotkać w różnych punktach domu, zależnie od zadania. Jednocześnie poleceń nie trzeba traktować dosłownie: publikacja zachęca do inwencji twórczej. Podziurawienie niekoniecznie musi się odbywać za pomocą kredki: poproszenie o pomoc w przecięciu piłą tarczową też będzie kreatywnym wykonaniem zadania.

Niszczenie uczy
Czy niszczenie książki może czegoś nauczyć? Może. Systematyczności, organizacji, metodyki wykonywania zadań. Trzeba się nieźle nagłowić, żeby wymyślić, komu się podaruje kartkę. Można podarować „…dziennik” jako prezent, z zastrzeżeniem: jeden dzień – jedno zadanie. Wówczas można mieć kontrolę nad wykonywaniem zadań. od najłatwiejszego do najtrudniejszego lub wyrywkowo – jak komu pasuje. Najważniejsze jest, by cała książka została „wykonana”.

Działanie, a nie czytanie…
…to podstawowy cel publikacji. Czyta się polecenie i stara się je wykonać. Niektórzy terapeuci zalecają osobom w łagodniejszych stanach depresyjnych kupienie „…dziennika” i stosowanie się do opisanych w nim poleceń. Ma to służyć aktywizacji pacjentów, niepopadaniu w apatię i marazm i skłonienie do działania według instrukcji. Plusem publikacji jest to, że nie trzeba jej realizować kartka po kartce, a według uznania lub humoru – od środka, od końca, od początku itp.

Popularność „…dziennika”
…przeszła najśmielsze oczekiwania twórczyni Keri Smith, która wyszła z założenia, że treść nie jest najważniejsza. Istotny jest właściwy marketing. I miała rację – brulion drukowany niechlujnie, w miękkiej okładce i na nie najlepszej jakości papierze stał się światowym bestsellerem, przedmiotem pożądania setek tysięcy nastolatków w różnym wieku. Jednocześnie – jak w wielu takich przypadkach – i tu sukces zależał od pomysłu, a nie od zawartości. Podobnie, jak przy beaujolais nouveau – trzeba geniusza marketingu, żeby zmusić miliony ludzi na świecie do picia niewyleżakowanego wina w trzeci czwartek listopada, tak i tutaj trzeba było niesamowitej intuicji, która każe tysiącom nastolatków wyczyniać dziwne rzeczy z książką, której stają się autorami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *